Zamknij
Wywiady

Dariusz Paczkowski. Robota na wiele wcieleń

Gabriela Jatkowska, 2011-04-04 00:36:48

O graffiti społecznie zaangażowanym i o malowanych domach, które zmieniają świat z Dariuszem Paczkowskim, współzałożycielem Fundacji Klamra, street-artowcem społecznym rozmawia Gabriela Jatkowska.

Gabriela Jatkowska: Jesteś street-artowcem, czy społecznikiem?

Dariusz Paczkowski: Jestem działaczem społecznym, używającym sztuki jako nośnika idei. Od wielu lat jestem związany z różnymi organizacjami społecznymi. Wraz z przyjaciółmi założyliśmy Fundację KLAMRA, która ma za zadanie łączyć różne grupy, różne środowiska, różne sprawy. Tak dużo tego „różne”, bowiem pewnego rodzaju uściślenie działalności, sprowadzenie jej do wąskiej specjalizacji sprawia, że ludzie zamykają się na inne, wykraczające poza daną działalność sprawy. KLAMRA ma być platformą ludzi, którzy chcą działać, chcą zmieniać świat. Oprócz tego jestem street-artowcem. Malowanie szablonów było w latach osiemdziesiątych sposobem dotarcia do ówczesnego człowieka. Czasy się zmieniają i skala oraz sposoby wykorzystania graffiti też się zmienia. Graffiti natmiast może być magnesem przyciągającym ludzi.

Głównie młodych?

Niekoniecznie, bo malowałem i z seniorami. Używam go jako narzędzia, ale też jako pretekstu do współdziałania. Zazwyczaj znajduje to odzwierciedlenie w organizowanych przeze mnie warsztatach. Jeśli np. jakaś organizacja prosi mnie o wykonanie muralu zgadzam pod warunkiem, że jej przedstawiciele także zaangażują się w proces twórczy. Jeśli wciągnie się ludzi do działania, efekt końcowy – w tym wypadku mural – będzie o wiele mocniejszy, niż gdybym malował go sam. Wydaje mi się, że jeśli ludzie zrobią coś – namalują – w swojej sprawie, opowiedzą poprzez graffiti o swoim problemie, będzie to o wiele bardziej autentyczne. Może samo dzieło nie będzie najwyższych lotów, za to emocje, energia w trakcie tej pracy jest nie do przecenienia. Współdziałanie jest dla mnie najważniejsze.

Czy dla ciebie graffiti zawsze musi nieść jakieś przesłanie? Zawsze w swój akt tworzenia włączasz innych ludzi?

Zdecydowanie tak. Lubię akcje, które niosą ze sobą wyzwanie. Malowałem np. z dziećmi cierpiącymi na autyzm. Proste, czytelne i estetyczne graffiti. Uczestniczyłem także w organizacji Dnia Solidarności z Osobami Uzależnionymi. Okazało się, że osoby bezpośrednio zaangażowane w sprawę są najlepszymi twórcami i odbiorcami tematu, a przede wszystkim są w tym prawdziwi. Więc to, co z nimi stworzę – będzie po prostu prawdziwe. Z kolei w m.in. Poznaniu i Krakowie do przyczepiania tabliczek pisanych alfabetem Brajla zaprosiłem osoby niewidome. Akcję tę planujemy z Polskim Związkiem Niewidomych zorganizować także w Warszawie, pod nazwą „Niewidoczni”. Będzie ona poprzedzona malowaniem muralu na budynku PZN. Zaprosiłem do współpracy Tomka Sikorę który podczas specjalnej sesji fotograficznej utrwali oczy osób niewidomych, a my je namalujemy na ścianach. Chcemy zwrócić uwagę opinii publicznej, że są wśród nas niewidomi – niewidoczni, którzy pragną być zauważeni.

Gdzie umiejscawiasz swoje dzieła?

Staram się, żeby lokalizacja moich prac była odpowiednia. Dopasowuję miejsca do tematu. Przed olimpiadą w Pekinie szukałem legalnego miejsca, które znajdowałoby się jak najbliżej chińskiej ambasady. Nie znalazłem takiego, więc zwróciłem się do STROERa, który w takich przypadkach służy mi pomocą. Dali nam bezpłatnie swoją przestrzeń. Miejsce musi nawiązywać do tego, co przedstawiam.

Co czujesz, kiedy twoje dzieło staje się częścią miasta, a co – kiedy znika z jego krajobrazu?

Jako, że jestem buddystą godzenie się z pewnymi faktami jest dużo łatwiejsze. Nietrwałość jest wpisana w nasze życie. Dlatego stawiam raczej na proces twórczy, a to co z malowidłem dzieje się później nie jest już aż tak istotne. Zależy mi na tym, żeby w sam proces tworzenia zaangażować jak najwięcej ludzi i wyzwolić wtedy jak najwięcej energii.

Nigdy nie wracasz do swoich miejsc?

Jeśli tylko jest taka możliwość, staram się śledzić ich losy. Tak się składa, że jestem jednym z tych artystów, których prace są chyba najczęściej niszczone prze np. neonazistów i kiboli z racji tematyki jaką poruszam.

Spełniają zatem swoją rolę?

Swoimi pracami wywlekam na światło dzienne tematy, o których wszyscy wiedzą, ale wolą ich nie podejmować. Ja pokazuję, że nazizm faktycznie śmierdzi, a ktoś chce na tym temacie zarobić pieniądze.

Akcja „Nazizmu nigdy więcej na allegro” przyniosła efekt?

Jeśli chodzi o efekt realny - czyli zakaz sprzedaży na allegro – niestety, nie. Samo graffiti było formą dotarcia do opinii publicznej. Zrobiło się głośno na ten temat. Dziesiątki tysięcy ludzi podpisało się pod naszym apelem, wiele instytucji wsparło tę akcję. Broni nie składamy. W chwili obecnej przygotowujemy wniosek do prokuratury.

Z kolei rondo Wolnego Tybetu – to pierwsze rondo powstałe z akcji społecznej. Czy to wyraz twojego zaangażowania politycznego? Czy będziecie angażować się także w inne akcje polityczne np. w to co dzieje się w tej chwili w Libii?

Jeśli chodzi o Tybet od wielu lat jestem w ten problem zaangażowany. Energia, która została wyzwolona przez te trzy dni malowania ronda była ogromna i niezwykła. Co prawda nazwa z przymiotnikiem „wolny” w odniesieniu do Tybetu została zablokowana przez Ambasadę Chin, natomiast Prezydent Gronkiewicz – Waltz odsłoniła tabliczkę upamiętniającą krwawo stłumione tybetańskie powstanie. Informacja o tym wydarzeniu została umieszczona na oficjalnych stronach rządu tybetańskiego. Moje zaangażowanie polityczne nie wyraża się w nagłaśnianiu tematów, które są obecnie „na topie”, a jest raczej wytyczną moich zainteresowań i poglądów. Często też zgłaszają się do mnie różne organizacje, by poprzez moje graffiti ukazać społeczeństwu jakiś problem. Świata nie zmienię, ale pewne sprawy mogę pomóc nagłośnić. Graffiti jest w tym momencie narzędziem reklamy społecznej.

Jest to narzędzie, którego używasz już od bardzo dawna. Jako współzałożyciel grupy 3fala.art.pl - czy czujesz się pionierem polskiego street-artu?

Przede mną było bardzo wielu, za mną – coraz więcej. Natomiast środowisko street-artowców jest na pewno niszą, w której jestem outsiderem. Moja twórczość przez niektórych nie jest odbierana jako graffiti, inni określają ją jako propagandę. Natomiast jestem - przez osoby wywodzące się z tego środowiska - uważany za ważny jego element.

Pierwsza fala graffiti związana była z początkiem lat 80-tych. Była bardzo zaangażowana społecznie. Wówczas było to zjawisko zupełnie nowe, coś czego wcześniej nie było. Potem przyszła druga fala – czyli zachłyśnięcie się Ameryką. W chwili obecnej mamy do czynienia z większym artyzmem. Natomiast ja promuję trzecią falę – czyli powrót do tego zaangażowania społecznego. Nacisk kładziemy raczej na przekaz, a nie na artystyczne doznania.

Czy myślisz, że dzięki coraz bardziej widocznemu na naszych ulicach graffiti są przełamane pewne stereotypy w myśleniu polskiego społeczeństwa o tej gałęzi sztuki, która pojmowana jest często jako wandalizm?

Bardzo często nadal jest to wandalizm. Dlatego ja zawsze mam na uwadze odbiorców. Dla niektórych twórców najważniejsze jest zaistnienie, wypromowanie tylko swojego „logo”. Myślę, że prace, które niosą pewne przesłanie, przełamują stereotyp w myśleniu o graffiti jako tylko i wyłącznie przypadkowych bazgrołach w przypadkowym miejscu.

Czyli nie każdy może nazwać się artystą grafficiarzem, street-artowcem?

No nie. Ja włączam ludzi w malowanie np. murali – ale jednocześnie daję jakieś ramy – warunki, zasady, temat. Uczę, jak robić to mądrze, pokazuję jak zdobyć odpowiednie zezwolenie. Zamiast zabraniać i karać – daję narzędzia, by robić to z głową.

Jak wygląda polska inspiracja chyba najpopularniejszym obecnie street-artowcem, czyli Banksym?

Banksy dla street – artu zrobił bardzo dużo. Bez niego nadal biegalibyśmy po podwórkach. Dzięki niemu można uprawiać ten rodzaj sztuki legalnie, bo powstała moda na sztukę w przestrzeni publicznej. Natomiast – z wielkim szacunkiem dla tego artysty – kiedy on zaczynał, wielu moich kolegów już od wielu lat malowało. Nie mogę zatem powiedzieć, że czerpię z niego inspiracje. Staram się przede wszystkim wspierać różnego rodzaju akcje społeczne. Tego np. u Banksy’ego mi brakuje. Są to ładne obrazki i niewiele ponadto. Ja staram się iść o krok dalej i pokazać, co za pomocą tych ładnych obrazków można zrobić i kogo wspierać.

Istnieje „efekt Bansy’ego”?

Jak chodzi o zainteresowanie tym artystą – na pewno tak. Jeśli zaś mówimy o naśladownictwie - w tego rodzaju działalności najważniejsze jest posiadanie własnego stylu. Często tłumaczę, że w graffiti przede wszystkim chodzi o to, żeby stać się rozpoznawalnym. Moje charakterystyczne literki – są po prostu moje. Nikt ich nie podrobi. Być może dlatego, że żaden z obecnych artystów nie wykonałby takich okropieństw. Nie chodzi o to, żeby wszyscy robili równo, ładnie i podobnie - należy robić swoje. Nawet jeśli jest to koślawe.

A jak chodzi o sprzedaż tej formy sztuki? Jak się na to zapatrujesz?

Odbyła się niedawno pierwsza licytacja polskiego street – artu w Warszawie. Rozmawiałem wówczas na ten temat z pewnym dziennikarzem relacjonującym to wydarzenie, który stwierdził, że większość polskich street-artowców narzeka, że galerie za mało im płacą, że muszą wykonywać dzieła pod konkretne zamówienie. Ci co wykonują swoje dzieła na zlecenie – narzekają. Ci co mają szansę zaprezentować swoją sztukę w galerii – jeszcze bardziej. To malkontenctwo prawdopodobnie bierze się stąd, że są to głównie młodzi ludzie i na sztukę ulicy zupełnie inaczej się zapatrują aniżeli ja, wychowanek lat osiemdziesiątych. Dla mnie samo legalne malowanie jest już pełnią szczęścia. A tu jeszcze mi za to płacą – nie może być piękniej! Tylko niektórzy tego faktu zupełnie nie doceniają, nie widzą jakie mają szczęście, że mogą zarabiać na tym, co lubią.

Mówisz o swoim zaangażowaniu i o przesłaniu graffiti, za pomocą którego nagłaśniasz pewne problemy. A czy byłbyś w stanie włączyć się np. w kampanię wyborczą?

W 2004 roku zaangażowałem się w kampanię „Zielonych 2004”. Wsparłem wówczas akcję „Do Unii po zmiany”. Wspólnie z artystką Beatą Tarnawą wykonywaliśmy murale w kilku miastach. Traktowałem to jednak nie jak promocję samej partii, ale ideologii proekologicznej. Nie mógłbym wspierać kampanii jakiejś partii, natomiast myślę że mógłbym wesprzeć jakieś konkretne działanie „tej czy „innej partii” jeśli byłoby tego warte.

Czyli jakakolwiek komercyjna reklama nie wchodzi grę?

Raczej nie. Przygotowałem wspólnie z Wiesławem Łysakowskim kilka wystaw ekologicznych pokazywanych w centrach handlowych – ale za tym nie stała reklama tego miejsca, tudzież nie była to zachęta do kupowania. Być może przy okazji moje prace promują dane centrum – natomiast moim zamiarem jest jedynie promowanie - w tym wypadku - ekologii.

Chciałabym spiąć to wszystko pewną klamrą. Czy w przypadku tak płodnego artysty – społecznika jest jeszcze coś, co pozostało do zrobienia? Czy mógłbyś już spokojnie usiąść i stwierdzić: dzieło zakończone?

Zdecydowanie nie jest zakończone. Im więcej robimy w ramach fundacji KLAMRA, tym więcej widzimy problemów, na które musimy odpowiedzieć, coś z nimi zrobić. To jest robota na wiele wcieleń.

Dariusz Paczkowski - rocznik 1971. Od 1987 roku tworzy zaangażowane społecznie graffiti i street-art. Konsekwentnie obala stereotyp zakapturzonego grafficiarza malującego pod osłoną nocy. Jest współtwórcą i uczestnikiem wielu wydarzeń artystycznych, happeningowych i parateatralnych.

Zdjęcie: Michał Szymczyk.

Strona 1 z 1 1

Oceń artykuł:

Dotychczasowe komentarze